RSS
niedziela, 26 stycznia 2014

Zmiana jest najlepszym lekarstwem na nudę. Przenoszę więc siebie i swój kram w nowe miejsce, aby zacząć od nowa, od początku. Zostawiam więc ten adres, ale zapraszam pod nowy adres:

 http://sanepid-literacki.blogspot.com

17:31, anemeon
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 stycznia 2014

Wstyd przyznać, nigdy nie czytałam Rodziewiczówny. Ale mam wytłumaczenie - ani to nie były lektury, ani sama przesadnie nie przepadam za tym okresem w literaturze polskiej, ani za taką tematyką patriotyczną. Także dopiero w (prawie) dwudziestej siódmej wiośnie życia (a dwudziestej szóstej zimie, która w końcu nadeszła w całym swoich urokiem) przywiozłam stosik książek Rodziewiczówny z rodzinnego domu. Sam ojciec nigdy mnie nie namawiał do tych lektur, chociaż posiadał całkiem ich dużo, bo wiedział, że to nie moja bajka. Zdziwił się, kiedy poprosiłam o pożyczenie. Przywiozłam i od razu zabrałam się za lekturę chyba najpopularniejszego tytułu (przynajmniej dla mnie był najbardziej znany). I...

źródło: empik.com

Póki główny bohater zapadał się w berlińską Sodomę i Gomorę, póki korzystał z życia, uciech, alkoholu, kobiet i rozrywek bez umiaru, póty książka wydawała mi się ciekawa. Zarówno hrabia, jak i jego przyjaciele, byli młodzi, zabawni, szumieli, bo i mieli pieniądze, i wiek po temu. Aż tu nagle hrabia kpiący z Polaków, polskości i wyrzekający się swoich polskich korzeni (jakże bliskich), rzuca wszystko i jedzie w poznańskie za jakąś nieciekawą mimozą. 

Moje zdanie na temat panny Jadwigi Chrząstowskiej jest dokładnie takie samo jak jej brata Jana - ona, owszem, dobre serce miała, ale, żeby się w niej zakochać? I to tak, że hrabia porzuca nie dość, że hulaszcze życie w stolicy, piękne kochanki, ale wyzbywa się wszelkich objawów germanizmu, wybaczcie, w głowie mi się nie mieści. 

Wiem, że miało być romantycznie, że miało być patriotycznie (a wyszło szowinistycznie), ale dzisiaj ta historia jest dość niezjadliwa, z zakalcem. 

A szkoda, bo język Rodziewiczówna ma piękny, ładnie prowadzi historię, narracja też mi nie przeszkadzała. Idąc za ciosem, sięgnęłam po Dewajtis i tutaj znowu język powieści sprawia mi wielką przyjemność, ale co będzie potem? Wątpię, żebym sięgnęła po pozostałe powieści Marii Rodziewiczówny. 

środa, 22 stycznia 2014

Na przełomie roku pochłonęła mnie powieść Marka Krajewskiego W otchłani mroku. To moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem i zdecydowałam, że nie ostatnie.

źródło: znak.com.pl

Nie jestem szczególną fanką kryminałów (poza Imieniem róży, które uwielbiam), ale raz na jakiś czas zdarzy mi się coś przeczytać (bo zaś z oglądaniem kryminałów nie mam większego kłopotu, ostatnio oglądałam polecany zewsząd serial - Sherlock i zakochałam się na zabój). Niestety rzadko zdarza się, żeby autor jakoś kompletnie mnie zaskoczył, więc kryminały traktuję jako zabawę, jako grę między autorem a czytelnikiem, moja ciekawość skupia się przede wszystkim na tym, czy udało mi się odgadnąć, kto zabił. 

I przy Krajewskim też tak miałam. W połowie właściwej opowieści (bo książka dzieje się na 3 płaszczyznach czasowych), już wiedziałam i tylko czekałam, aż moje przypuszczenia będą trafne. Bardzo spodobał mi się jednak język pana Krajewskiego, jego opisy ubrań, jedzenia, ulic Wrocławia - te szczegóły, które najchętniej wyłapuję przy lekturze, które tworzą klimat. A klimat powieści jest niesamowity! Jest mroczno, gęsto, nieprzyjemnie. I ten mrok wciąga muszę przyznać, bo pierwszy raz od dawna czytałam do późna w noc (co zdarzało mi się kiedyś nagminnie, ale teraz chyba jestem już za stara). 

Czytając W otchłani mroku, czuje się, że książkę napisał naukowiec. Na końcu wytłumaczone są zwroty łacińskie, jest adnotacja do konsultacji merytorycznych (bardzo ładnie rozpisana, z tym spotkałam się po raz pierwszy w powieści). Akcja dzieje w światku naukowym również, więc i wywody postaci są dość ciekawe. Poza zbrodnią mamy więc do czynienia również z filozofią, a takie połączenie jak najbardziej mi pasuje. 

Żałuję, że nie sięgnęłam prędzej po inne powieści Marka Krajewskiego, ale co się odwlecze... 

 

piątek, 06 grudnia 2013

Okres przedświąteczny uważam za otwarty. Wydaje mi się, że i tak dość późno to czynię, biorąc pod uwagę, że od początku listopada jesteśmy atakowani w centrach handlowych choinkami i Last christmas. U mnie ten okres zawsze zaczyna się 4 grudnia - w Barbórkę. Tata był górnikiem (teraz już na emeryturze), więc zawsze 4 grudnia oznaczało Święto. Zresztą, niegdyś w szkole były obowiązkowo organizowane akademie z okazji tego święta, więc dla mnie, co roku, była to zapowiedź właśnie nadchodzących Świąt. 

5 grudnia moja Mama ma urodziny, więc to drugi dzień w triduum, w którym było odświętnie. Zjeżdżała się rodzina, Mama obowiązkowo dostawała w prezencie tzw. gwiazdy betlejemskie (uwielbia je, więc wszyscy co roku jej kupują kilka doniczek) i w domu robi się od razu odświętnie. W tym roku ja podarowałam jej Moje wypieki i desery Doroty Świątkowskiej - Mama uwielbia piec, więc mam nadzieję, że znajdzie nowe inspiracje. Polecałam jej blog swego czasu, ale jednak co książka to książka (a książka jest naprawdę pięknie wydana i aż ślinka cieknie na widok zdjęć, nawet takiemu przeciwnikowi słodyczy jak ja). 

źdródło: empik.com.pl

A 6 grudnia to przecież wspomnienie świętego Mikołaja. W szkołach zaczyna się strojenie klas, chodzi Mikołaj ze słodyczami (do dzisiaj jednak pamiętam, że największe wrażenie zrobiły na mnie renifery w centrum Katowic pewnego 6 grudnia). I drobne upominki, mnóstwo słodyczy i obowiązkowo jakaś, wprowadzająca w nastrój piosenka, np.: TO! 

A w książkach? Myślę, że już bezkarnie możemy sięgnąć po książki z Bożym Narodzeniem w tle. Przede wszystkim moja ukochana Opowieść wigilijna Dickensa. Opowieść każdy z nas zna, nie ma innej opcji, w końcu to i lektura w szkole i źródło inspiracji na filmowców. Mnie zawsze wzrusza, ilekroć do niej wracam. Może to naiwność dziecka, głęboko uśpiona pod dorosłym cynizmem, ale zawsze marzę, że kolejne Święta coś zmienią, we mnie, w bliskich i nikt już nie będzie narzekał, że to tyle roboty i to takie męczące...

źródło: lideria.pl

Po drugie, Noelka Małgorzaty Musierowicz. Elka przechodzi nastoletni bunt, którego apogeum przypada na dzień Wigilii. Książka o małych i większych cudach, okraszona optymistycznym stylem pani Musierowicz i opisem smakowitych dań na wigilijnych stołach. Dla fanów Jeżycjady okazja do spotkania się z bohaterami dawno niespotykanymi w kolejnych tomach cyklu. Polecam i młodszym i starszym! 

źródło: czasdzieci.pl

No i kolejny powrót do dzieciństwa (a taki warto sobie w okresie świątecznym zaserwować, bo pewnie dla nas, dorosłych, magia Świąt kojarzy nam się właśnie z tym okresem, kiedy byliśmy mali i wierzyliśmy w Świętego Mikołaja), czyli fragment o Bożym Narodzeniu w Bullerbyn (Dzieci z Bullerbym Astrid Lindgren). Co roku liczę na to, że i ja znajdę pod choinką tomik przygód dzieci ze szwedzkiej wioski i będę mogła wrócić cała. Jednocześnie, wpisem tym sprawdzam, czy mąż czyta ten blog, więc może dostanę w tym roku... 

źródło: stara-szafa.blogspot.pl

Ale, żeby nie było zbyt słodko, warto przypomnieć też sobie Dziewczynkę z zapałkami Andersena, jedną z najsmutniejszych baśni. 

źródło: gandalf.com.pl

wtorek, 03 grudnia 2013

Anię z Zielonego Wzgórza poznałam jako siedemnastoletnią młodą nauczycielkę w części Ania z Avonlea. Tak to ze mną bywa, że czasami działam na opak. Drugą część przygód Ani dostałam w prezencie od ukochanej prababci, więc książkę szybko przeczytałam (a było to chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej) i bardzo mi się spodobała. Dopiero w klasie szóstej, wyobraźcie sobie, dowiedziałam się, że Ania z Avonlea to Ania z Zielonego Wzgórza, a ja część pierwszą mam w planie lektur. 

Czytałam lekturę wiosną. Dokładnie pamiętam, bo pod moim oknem miałam swoją prywatną Królową Śniegu w postaci kwitnącego na biało czarnego bzu. Siedziałam więc na parapecie, przy otwartym oknie i chłonęłam przygody Ani, zapisując swoje spostrzeżenia w liście do mojej przyjaciółki Lenki. Książką byłam zachwycona, chociaż nie przypominam sobie, żebym wyjątkowo polubiła główną postać. Po prostu sama historia była dla mnie urzekająca, opisy okolic Zielonego Wzgórza (chyba najprzyjemniejsze opisy przyrody, które nigdy mnie nie męczyły jako dziecko) sprawiały, że samemu chciało się wyjść na powietrze (z siostrą miałyśmy taki wiosenny rytuał - szłyśmy w stronę sadu, bo też mieszkałyśmy przy sadzie, i przynosiłyśmy do domu kwitnące gałęzie mirabelek). 

Tydzień temu w beceku byłam z moimi uczniami na przedstawieniu na podstawie powieści Lucy Maud Montgomery. Bałam się bardzo, jak oni to odbiorą, bo prawie wszyscy są przed lekturą. Tak, jak myślałam, spektakl był mocno okrojony, ale dzieci były zachwycone i ponoć chętnie po lekturę sięgną. Bardzo żywo reagowały na to, co się dzieje na scenie, a w drodze powrotnej dyskutowały ze mną poważnie, jakie też jeszcze przygody miała Ania Shirley. 

Sięgnęłam więc sama po książkę, bo tuż po Świętach omawiam tę pozycję z klasą piątą be. Wprawdzie od czasu, kiedy sama czytałam ją jako lekturę, kilka razy wracałam (dorzucając kolejne części przygód rudowłosej bohaterki), to jednak książka przeczytana świeżo zawsze daje większe pole do popisu. I nie myliłam się, czytam teraz pod kołdrą (rozchorowałam się) i nie mogę się oderwać. 

To jednak jedna z tych książek zbójeckich, bo oczarowana na nowo, postanowiłam zrobić na podwieczorek (tak celebrowany wśród mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda) budyń z wanilią dla siebie i męża. Żałuję jednak, że nie ma teraz wiosny, tylko ta pogoda nieokreślona... 

I w dalszym ciągu nie wiem, czy lubię główną bohaterkę. Wolę ją straszą, mądrzejszą... Ale jednak, gdyby nie ta mała ruda czarodziejka, czy świat byłby taki sam? 

źródło: empik.com.pl

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8